Zaściel swoje łóżko!

Kilka dni temu, kiedy czytałem Pismo Święte, trafiłem na tekst z Dziejów Apostolskich, który bardzo przykuł moją uwagę. Wszystko przez nakaz wypowiedziany przez św. Piotra: „Wstań i zaściel swoje łóżko!” 

Kiedy Piotr odwiedzał wszystkich, przyszedł też do świętych, którzy mieszkali w Liddzie. Znalazł tam pewnego człowieka imieniem Eneasz, który był sparaliżowany i od ośmiu lat leżał w łóżku. «Eneaszu – powiedział do niego Piotr – Jezus Chrystus cię uzdrawia, wstań i zaściel swoje łóżko!» I natychmiast wstał.Widzieli go wszyscy mieszkańcy Liddy i Saronu i nawrócili się do Pana

(Dz 9, 32-35)

Przez dłuższy czas zastanawiałem się dlaczego św. Piotrowi tak zależało, żeby Eneasz zaścielił swoje łózko? Wydaje mi się, że są dwie odpowiedzi na to pytanie: symboliczna (duchowa) i dosłowna (fizyczna). 

Pierwsza z nich – symboliczna (duchowa), odnosi się oczywiście do naszego wnętrza. Eneasz mieszkał wśród chrześcijan, czyli ludzi, których aż nosiło do tego, by głosić Chrystusa. Oni nie umieli siedzieć na miejscu, chcieli działania i ewangelizacji. Eneasz był jednak uwięziony w swoim łóżku z powodu paraliżu, na który cierpiał. W oryginale zostało tam użyte słowo paralelymenos, które oznacza nie tylko paraliż, ale także omdlenie. To słowo w Nowym Testamencie zostało wcześniej użyte w historii uzdrowienia paralityka, który został spuszczony przez dach na noszach i uzdrowiony przez Jezusa. Święty Piotr wyraźnie nawiązuje tu do działania Chrystusa, postępuje na Jego wzór. Chce w ten sposób pokazać, że oprócz uzdrowienia z choroby, człowiek otrzymuje także uzdrowienie ducha. Bóg chce wolności człowieka, nie pozwala by był omdlały czy zniewolony, ale wzywa go do działania. Pomyślmy… jaka jest najtrudniejsza czynność do wykonania w ciągu dnia? …zaścielenie łózka! Człowiek po przebudzeniu, jeżeli jeszcze spieszy się do szkoły/pracy, raczej nie myśli o tym, żeby zostawić idealnie zaścielone łóżko. Kiedy Bóg przychodzi ze swoim uzdrowieniem, czyni to w konkretnym celu. Człowiek nie może otrzymać uzdrowienia na darmo, by dalej leżał w łóżku, tak jak to było do tej pory. On teraz musi wstać, ogarnąć się i zacząć działać!

Druga odpowiedź jest nieco bardziej praktyczna. Piotr najzwyczajniej w świecie wezwał Eneasza do życia. Podejrzewam, że każdy z nas zna takie osoby, które większość dnia spędzają w łóżku. Czasami jest to zwykłe lenistwo, innym razem depresja, w której ktoś nie widzi sensu życia i zamyka się w swoim pokoju leżąc całymi dniami. Można to również rozszerzyć i za paraliż uznać także inne zniewolenia i uzależnienia. Wezwanie Piotra jest tym samym zawołaniem do „wstania z kanapy”, o którym mówił papież Franciszek na ŚDM w Krakowie. Zaścielone łóżko to symbol przebudzenia, jest znakiem tego, że w pełni żyjemy danym dniem i staramy się go jak najlepiej wykorzystać. Eneasz od ośmiu lat leżał w omdleniu i paraliżu wśród ludzi, którzy byli pełni życia. Być może bał się zrobić pierwszy krok, wyjść ze strefy komfortu. Bóg jednak podjął inicjatywę.

Zarówno paraliż duchowy jak i cielesny jest ogromnym cierpieniem. Jeśli jednak pozwolimy, aby Bóg wkroczył w nasze życie, wszystko się odmieni. Ważne jest, żeby z tą łaską współpracować, by zacząć działać. Zacznijmy powoli, od najprostszych rzeczy, jaką jest codzienne ścielenie łóżka!

Syn marnotrawny w świetle ówczesnego prawa

Tagi

, , , ,


Przypowieść o Synu Marnotrawnym słyszał chyba każdy. Jest to jedna z najpopularniejszych historii Nowego Testamentu. Zapewne, wielokrotnie już spotykaliśmy się z różnymi interpretacjami tej przypowieści. Nigdy jednak nie słyszałem, by ktoś dokonał oceny Syna Marnotrawnego, w świetle panującego wówczas prawa. Co więc na jego temat mógłby powiedzieć ówczesny jurysta?

Jak wiemy, życie Jezusa przypadło na I wiek naszej ery. W tym czasie Cesarstwo Rzymskie sprawowało władzę na terytorium Izraela. Był to tzw. okres pryncypatu, w czasie którego obowiązywało klasyczne prawo rzymskie. Z całą pewnością, wiele instytucji rzymskiej jurysdykcji, musiała być znana dla Żydów, gdyż to prawo również ich dotyczyło.

Wracając do omawianej przez nas przypowieści, już samo określenie syna „marnotrawny” niesie nam pewien przekaz. Podobnie jak to jest obecnie, w starożytnym Rzymie występowała zdolność do czynności prawnych. Czym w ogóle ona jest? Najprościej mówiąc, jest to zdolność do wykonywania we własnym imieniu czynności prawnych, takich jak chociażby sporządzanie umów. Współcześnie, pełną zdolność do czynności prawnych ma każdy pełnoletni, z wyjątkiem osób ubezwłasnowolnionych (np. z powodu znacznego upośledzenia umysłowego). Ograniczoną zdolność do czynności prawnych posiadają ci, którzy ukończyli 13 rok życia, aż do uzyskania pełnoletności oraz osoby częściowo ubezwłasnowolnione. Dzieci poniżej 13 roku życia oraz ubezwłasnowolnieni nie posiadają zdolności do czynności prawnych.

W prawie rzymskim ograniczoną zdolność do czynności prawnych miały dwie kategorie osób:
•chorzy umysłowo „furiosi”
•marnotrawcy „prodigi”
Nas oczywiście interesuje druga z wymienionych kategorii ograniczeń. Marnotrawcami czyli tzw. „prodigi”, były osoby zdrowe na umyśle, jednak w rażący sposób wykazujące się niedojrzałością oraz beztroską o majątek rodziny. W takim przypadku krewni marnotrawcy mogli zwrócić się do pretora, który ograniczał pozwanemu zdolność do czynności prawnych. Marnotrawca był wtedy ograniczony w swoich prawach podobnie jak dziecko, a nad jego majątkiem czuwał kurator.

Przypowieść o Synu Marnotrawnym pokazuje, jak bardzo grzech potrafi nas ubezwłasnowolnić. Przez nasze zle czyny jesteśmy ograniczeni, nie możemy w pełni decydować o sobie. To pokazuje, że grzech, który popełniamy, nie jest czymś bezskutkowym, co nie ma żadnych konsekwencji. Każde zło prowadzi do kolejnego zła, a ten łańcuch może przerwać tylko miłosierny Bóg, który odpuszcza nam grzechy w sakramencie pokuty.

Krótka myśl o bierzmowaniu

Tagi

, ,

Dziś w mojej parafii odbyła się liturgia z obrzędem udzielenia sakramentu bierzmowania. Mówi się, że bierzmowanie to dla niektórych, oficjalne pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa. Mam nadzieję, że nikt dzisiaj tego tak nie potraktował. Bierzmowanie jest bowiem sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej.
Z czym to się wiąże? Bierzmowanie to nie jest magiczne pstryknięcie palcem, dzięki któremu nasze życie nagle przewróci się o 180 stopni i wszystko nagle zacznie się układać. Sakrament dojrzałości chrześcijańskiej inicjuje w nas wewnętrzne zmiany, które mogą być pomocą, do tego byśmy mieli odwagę świadczyć o Chrystusie i przemieniać nasze życie oraz innych na lepsze.
Jak mówi KKK:
„przez sakrament bierzmowania (ochrzczeni) jeszcze ściślej wiążą się z Kościołem, otrzymują szczególną moc Ducha Świętego i w ten sposób jeszcze mocniej zobowiązani są, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do bronienia jej” (1285).

Sakrament bierzmowania jest więc zesłaniem Ducha Świetego, na tych którzy do niego przystępują. Zobaczmy, jak to było w przypadku Apostołów. Dopóki nie przyszedł Duch Święty, siedzieli zamknięci i bali się wychylić nosa zza drzwi Wieczernika. Po zesłaniu wszystko diametralnie się zmieniło. Spróbujmy sobie wyobrazić, że po mszy świętej bierzmowania, wychodzimy na rynek naszego miasta i mówimy o Jezusie. Ludzie zapewne uznaliby nas za idiotów. Tak też było z Apostołami. Drwiono z nich, że upili się winem. Byli jednak w tym nauczaniu tak przekonywujący, że nawróciło się wtedy kilka tysięcy ludzi! O to jednak w tym chodzi; my powinniśmy tak rozwijać dary i charyzmaty Ducha Świetego, by pokazywac innym jak wielką radością jest codzienne przebywanie z Jezusem.
Życzę wam żebyście doświadczyli tej mocy Ducha Świetego i umieli ją codziennie dostrzegać. Sam mam czasami z tym problemy, ale powiem szczerze, że odkąd mniej więcej nauczyłem się zauważać Boże działanie w moim życiu to działy się takie rzeczy, że głowa mała! I to było najlepsze w tym wszystkim, że przez sakrament bierzmowania, Bóg się mną posługiwał do robienia wielkich rzeczy! Wy tez tego możecie doświadczyć i tego wam życzę!!!

„Ezer kenegdo” każdego mężczyzny

Tagi

, , , , , , , ,

Kim jest kobieta w życiu mężczyzny? Walentynki to dobry dzień, by zastanowić się nad odpowiedzią na to pytanie. Ułatwić nam to może Księga Rodzaju.

John Eldredge w książce „Dzikie Serce – tęsknoty męskiej duszy” zauważa, że Bóg stworzył kobietę w pięknym i uporządkowanym ogrodzie Eden. Mężczyzna zaś powstał wcześniej, poza ogrodem, gdzie panował chaos, a świat nie był jeszcze uporządkowany. Z tego właśnie powodu serce i dusza mężczyzny są dzikie. Każdy prawdziwy facet chce w życiu stoczyć bitwę, przeżyć przygodę oraz uratować piękną. Kobieta za to pragnie być zauważona, chce być dla kogoś ważna. Dla niej liczy się to, by być częścią życia mężczyzny.

W Księdze Rodzaju możemy znaleźć:

Potem Pan Bóg rzekł: «Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego [ezer kenegdo]»

Jak rozumieć ten tajemniczy zwrot „ezer kenegdo”? W polskich tłumaczeniach biblijnych najczęściej określa się go jako „pomoc”. Oznacza to, że według zamiaru Boga, kobieta jest dla mężczyzny pomocą. Jak się jednak okazuje, ten hebrajski zwrot jest niezwykle trudny do precyzyjnego przetłumaczenia. Inaczej można go określić jako „towarzyszka” lub „partnerka”. Są to jednak dosyć słabe próby tłumaczenia tego wyrażenia.

Aby w pełni zrozumieć „ezer kenegdo” należy poszukać tego zwrotu w innych miejscach Pisma Świętego. Słowo „ezer” jest jeszcze użyte w Biblii dwadzieścia razy. Co ciekawe, za każdym razem jest ono skierowane wobec Boga, w sytuacji gdy człowiek rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Jest to więc słowo używane w kontekście boskiego wybawienia. Jeśli chodzi o „kenegdo” oznacza ono „obok niego” albo „naprzeciwko”.

„Ezer kenegdo” w kontekście Księgi Rodzaju oraz miłości międzyludzkiej oznacza więc rolę kobiety w życiu mężczyzny. Jest to wybawienie, albo też ukojenie dla dzikiego i często zabłąkanego męskiego serca. Niestety, nie wszyscy dzisiaj to rozumieją, przez co kobiety traktowane są niegodnie i przedmiotowo.

Język polski – język miłości czy hejtu?

Tagi

, , , ,

W ostatnim czasie wiele mówi się w Polsce o wszechobecnym języku nienawiści. Spowodowane jest to wydarzeniami, które miały niedawno miejsce w naszym kraju. Czy jednak język polski musi być synonimem języka hejtu?

Ważnym zabytkiem dla historii naszego ojczystego języka jest tzw. Księga Henrykowska. Jest to pochodzący z XIII wieku manuskrypt spisany w języku łacińskim. Znajdują się w niej informacje dotyczące założenia i wyposażenia opactwa Cystersów w Henrykowie. Przy okazji autor opowiedział w niej o stosunkach społecznych i zwyczajach jakie panowały w Polsce w czasach rozbicia dzielnicowego. Zawiera także nazwy około 120 miejscowości, które istniały już w tym czasie. Jest także znakomitym źródłem poznania ówczesnego prawa. Stąd też jest niezwykle ceniona przez historyków, prawników oraz językoznawców.

Księga Henrykowska jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju z powodu treści, którą zawiera. Co ciekawe, znajduje się w niej pierwsze zdanie jakie kiedykolwiek zapisano w języku polskim. Brzmi ono następująco: „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai”. Uprzedzając pytania, potwierdzam: tak, to jest język polski! Jest to jednak jego archaiczna wersja, której możemy nie rozumieć. Współcześnie, zdanie to brzmi: „Daj, niech ja pomielę, a ty odpoczywaj”.

Dlaczego to były pierwsze słowa zapisane po polsku? Skąd to się wzięło? Aby nie wyrywać jednego zdania z kontekstu, przytoczę tutaj fragment, z którego ono pochodzi:

Gdy zaś tam przez pewien czas przemieszkiwał, pojął za żonę córkę jakiegoś kleryka, chłopkę grubą i zupełnie niezdarną. Lecz trzeba wiedzieć, że za owych dni były tu w okolicy młyny wodne ogromnie rzadkie, przeto żona tego Bogwała Czecha stała bardzo często przy żarnach mieląc. Litując się nad nią mąż jej Bogwał mówił: „Sine, ut ego etiam molam” – to jest po polsku „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. Tak ów Czech na zmianę mełł z żoną i często obracał kamień tak jak żona.

 Zwróćmy uwagę jak wiele w tym fragmencie zawartej jest życzliwości i miłości męża do żony. Mężczyzna, widząc nieporadność swojej małżonki, nakazał jej odpoczywać, podczas gdy on wykona za nią pracę. Mało tego! Mielenie ziaren było w tamtych czasach uważane za pracę hańbiącą dla mężczyzny. Jak mówi historia, otrzymał przez to przezwisko „Zbrukany”.

Biorąc przykład z tej opowieści, nie bójmy się „zbrukać” miłością. Codziennie możemy okazywać innym dobroć, nawet przez najdrobniejsze oznaki życzliwości. Czasami będzie to dla nas  trudne, będzie wymagało wysiłku i pokory. Warto szukać w naszej mowie słów pokrzepienia, unikając jednocześnie jadu, który często wypływa nam z ust.

Wspomnijmy sobie słowa Jezusa: „Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony”. Starajmy się więc, aby język polski był językiem miłości, wypowiadanym z taką życzliwością z jaką został on wypowiedziany w pierwszym zdaniu.

O tym jak w górach usłyszałem Boga

Tagi

, , , , ,

Czasami zastanawiamy się w jaki sposób możemy usłyszeć głos Boga. Nieraz, w chwilach kryzysu, mogłoby się wydawać, że Bóg milczy, jest nam daleki i nie interesuje się naszym losem. Czujemy pustkę w sercu, nie wiemy jak zmienić ten stan.

Również ja przeżywałem kiedyś takie chwile. Był lipiec 2016 roku, miałem wtedy 18 lat i razem z grupką znajomych wybraliśmy się na tydzień w Tatry. Organizatorem i w ogóle pomysłodawcą tego wyjazdu był ksiądz, który pracował wtedy w naszej parafii. Postanowiliśmy, że w pierwszym dniu pójdziemy, w ramach rozgrzewki, na Rusinową Polaną oraz na niewielki i łatwy do zdobycia szczyt – Gęsia Szyja. To miał być trening przed tym co nas czekało następnego dnia.

Naszym celem była Orla Perć, najtrudniejszy i najbardziej niebezpieczny szlak turystyczny w Tatrach. Wyruszyliśmy z samego rana, około godziny 5:00. W międzyczasie przeszliśmy przez przepiękną Dolinę Gąsienicową, później zobaczyliśmy Czarny Staw, aż w końcu zaczęło się pod górkę. Dotarliśmy na Zawrat, droga była stroma, miejscami należało wspomagać się łańcuchami, jednak dla nas to był dopiero początek.

Ruszyliśmy granią Orlej Perci. Wiele już w życiu chodziłem po górach, ale ten szlak nie dość, że był trudny, wszędzie można było spaść w przepaść, to jeszcze na dodatek był niewiarygodnie męczący. Szliśmy już kilka godzin, byliśmy w połowie drogi. Minęliśmy słynną drabinkę na Koziej Przełęczy i chwilę potem wspięliśmy się na jeden z najwyższych szczytów Polski, czyli Kozi Wierch. Usiedliśmy na chwilę na szczycie, żeby odpocząć. Przyłączył się wtedy do nas pewien turysta. Był to około 50-letni mężczyzna, z dość gęstym zarostem, który wcale nie wyglądał na kogoś kto może zdobywać wysokie szczyty, a tym bardziej kogoś kto może powiedzieć coś mądrego.

W naszej grupie było kilka dziewczyn, które mimo trudności, całkiem dobrze sobie radziły. W pewnym momencie, nieznajomy mężczyzna odezwał się do nich: „Jak sobie dziewczyny radzicie? Podziwiam, że dałyście radę tutaj wyjść”. Uśmiechnęły się na to i odpowiedziały, że wcale nie jest tak źle oraz że mogą dzięki temu zobaczyć wspaniałe widoki. Mężczyzna odparł im na to: „NO TAK… BO NA TO CO DOBRE I PIĘKNE, TRZEBA SIĘ W ŻYCIU MOCNO NATRUDZIĆ”. Siedząc z boku i przysłuchując się tej rozmowie, dotarło do mnie co ten człowiek powiedział. Słowa nieznajomego turysty uderzyły we mnie z niezwykłą siłą. To było coś czego potrzebowałem usłyszeć.

Mając wtedy 18 lat, wkraczałem w dorosłość nie zdając sobie sprawy z tego czym jest życie. Myślałem, że wszystko będzie mi przychodzić z łatwością. Idąc w góry, zawsze trud wędrówki staram się ofiarować w różnych intencjach, które są dla mnie ważne. Także wtedy miałem w sobie pewną potrzebę, którą chciałem ofiarować Bogu. On jednak mi powiedział: „Dostaniesz to wszystko, ale będziesz musiał na to ciężko zapracować”. To pokazało mi, że wszystkie wielkie sukcesy, które ludzie odnoszą, nie biorą się znikąd, ale zbudowane są na fundamencie wielkiego trudu i ciężkiej pracy. Bóg chce, żebyśmy spełniali swoje marzenia, osiągali sukcesy i walczyli o to co dobre i piękne. Nie daje nam jednak tego bez trudu, bo On chce byśmy potrafili to docenić.

Co jest tym dobrem i pięknem, dla młodego człowieka? Może nim być zdobywanie wykształcenia, trenowanie jakiegoś sportu, zatrudnienie na dobrym stanowisku albo znalezienie dobrej żony lub męża. Wszystko co dobre i piękne jest warte trudu i cierpienia.

„Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” – mówi Pismo Święte. Walczmy więc o to co dobre i piękne, okazując miłość każdemu człowiekowi, nawet temu niepozornemu, gdyż może przez niego przemówi do nas Bóg.

 

Zobaczyć dom Boga

Tagi

, ,

Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: «Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr.

Czytając kiedyś ten fragment Ewangelii świętego Jana, musiałem na chwilę zatrzymać się i zastanowić. Historia opowiedziana w nim, wydawała mi się dziwna. Zachowanie uczniów bardzo mnie zaintrygowało. Dlaczego tak nagle opuścili Jana? Czemu pierwszym pytaniem, które zadali Jezusowi było to gdzie mieszka? Te pytania zadomowiły się w mojej głowie tak bardzo, że postanowiłem wczuć się w sytuację uczniów i spróbować zrozumieć ich zachowanie.

Na początek, zwróćmy uwagę na pierwsze zdanie:”Nazajutrz Jan ZNOWU stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami…”. Nieprzypadkowo podkreśliłem tutaj słowo „znowu”. Ma ono decydujące znaczenie. Pomyślmy, kiedy zazwyczaj go używamy? Może nam się teraz nasunąć skojarzenie z popularną piosenką Budki Suflera „Znowu w życiu mi nie wyszło”. To słowo jest zazwyczaj wypowiadane w sytuacjach zniechęcenia i smutku. Ile razy po jakimś niepowodzeniu powiedzieliśmy sobie: „No nie… ZNOWU to samo”? Przyjmijmy więc, że „znowu” jest raczej negatywnym słowem, które oznacza nieprzyjemną rutynę albo kolejną życiową porażkę.

Uczniowie dzień w dzień siedzieli nad rzeką, w pewnym momencie stało się to dla nich rutyną, która musiała być uciążliwa. Większość z nas pewnie leżała kiedyś w szpitalu. Przypomnijmy sobie jak bardzo, potrafi tam być nudno. Leży się na oddziale i nie można nic zdziałać. Właśnie Jan był dla tych dwóch uczniów takim szpitalem. On przygotowywał ich serca na spotkanie z Jezusem. Szpital, jak wiemy, daje dużo dobra, ale chyba nikt nie chce ciągle leżeć w szpitalu. Dlatego, gdy nagle pojawiła się możliwość opuszczenia go, uczniowie z entuzjazmem wybiegli za Jezusem.

Uczniowie, o których mowa w tym fragmencie Ewangelii, odkryli w końcu swoje powołanie. Nie było nim życie u boku Jana Chrzciciela, nie było nim też łowienie ryb. Oni zostali stworzeni do tego by być Apostołami, posłanymi przez Jezusa. W tym czuli się szczęśliwi, to dawało im spełnienie, za które oddali swoje życie. Oczywiście pozostałe rzeczy, którymi zajmowali się w życiu nie było czymś złym. Wielokrotnie umiejętności rybackie Apostołów przydawały się, gdy wędrowali z Jezusem po Izraelu. Bóg ma dla każdego z nas indywidualny plan, prowadzi nas przez życie i uczy przez doświadczenia, dzięki którym zdobywamy umiejętności, które kiedyś mogą okazać się bardzo pomocne.

Słowa, które wypowiedział Jan: „Oto Baranek Boży” były dla uczniów przełomem. Jan wskazał im Chrystusa i dzięki temu oni mogli zacząć żyć w pełni. Również i my możemy zmieniać życie innych przez to, że będziemy wskazywać ludziom Jezusa. Aby to w ogóle mogło zaistnieć musimy pokazywać swoją postawą kim jest prawdziwy chrześcijanin. Papież Franciszek powiedział kiedyś: „Jeśli żyjemy tak, jak Jezus nas nauczał i zgodnie z tym, co głosimy, nasze świadectwo będzie owocne”.

Jezus jest dla uczniów nadzieją na lepsze. Tylko człowiek niezwykle zdeterminowany jest w stanie podjąć tak radykalne kroki, bo jak inaczej można nazwać spontaniczne pójście za obcym mężczyzną? Co ciekawe… Jezus nigdy nas nie zmusza i nie wchodzi bezczelnie w nasze życie, jeśli tego nie chcemy. Uczniowie Go pytają: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Jezus zachowuje się bardzo tajemniczo, nie udziela odpowiedzi na pytanie, ale próbuje ich zainteresować samym sobą, mówiąc „chodźcie, a zobaczycie”. Oni sami, z własnej woli poszli za Nim. Wyrazili, tym samym, chęć by Jezus działał w ich życiu, przemieniał dotychczasowe ciemności serca w radość.

Ostatnią sprawą, na którą chciałbym zwrócić uwagę jest zachowanie Jezusa, w momencie spotkania Szymona. Jest to niezwykła chwila, początek wielkiej przyjaźni, która, jak wiemy, z winy Piotra nie zawsze była idealna. Był to dość dziwny początek przyjaźni. Jezus postanowił zmienić imię Szymona. Jak wiemy, w Izraelu imiona miały wielkie znaczenie, gdyż uważano, że tylko Bóg może nadawać komuś imię. Dodatkowo, było ono czymś co wyznaczało ludzką tożsamość, to kim się

jest naprawdę. Jezus pokazał w ten sposób, że jest Bogiem i że potrafi w jednym momencie zmienić w nas wszystko na lepsze. Szymon, stał się Piotrem, stał się skałą, która ma być ostoją Kościoła. Już nie będzie tym słabym człowiekiem, ale będzie kamieniem, który będzie twardo i z odwagą szedł przez życie.

Prośmy więc Jezusa, by wszedł w nasze życie nadając nam nowe imię. By dał nam nowy powiew Ducha Świętego, który ożywi nas i wniesie radość do naszego serca. Chciejmy pójść za Nim, aby móc zobaczyć Jego dom. Bądźmy także dla innych tym kim był dla uczniów Jan. To on wskazał im Boga, to on powiedział: „Oto Baranek Boży”.